Koło barw, teoria koloru, grupy barw

... Zobacz więcej

Korekta balansu bieli i charakterystyki tonalnej - panel Basic

... Zobacz więcej

Kalibracja monitora, rodzaje paneli LCD dla fotografów

... Zobacz więcej

Jak pracować w module Develop - wywoływanie plików RAW

... Zobacz więcej
Vsmart Extensions

Newsletter

Facebook

Plener 'Magiczne, jesienne Bieszczady'
PDF
Wpisany przez Paweł Brzozowski    piątek, 20 listopada 2009 22:59
Spis treści
Plener 'Magiczne, jesienne Bieszczady'
Uczestnicy warsztatów
Część pierwsza - Zagroda Magija
Część druga - Jezioro Solińskie
Część trzecia - Wschód słońca
Część czwarta - Wokół Orelca
Część piąta - Szlakiem cerkwi
Część szósta - Szybowisko
Część siódma - Połoniny
Część ósma - Zdzisław Pękalski
Część dziewiąta - Wycieczka przyrodnicza
Część dziesiąta - Ginące zawody
Część jedenasta - Klasztor w Zagórzu
Część dwunasta - Skansen w Sanoku (dzień wolny)
Wszystkie strony

Autorka: Mauko (uczestniczka warsztatów).
W rolach głównych: Marudersi vel de maruders czyli grupa bardzo kreatywnych, zabawnych indywidualności, w różnym wieku i zamieszkujących różne tereny Polski. Taka ekipa zdarza sie raz na milion!
P.S. Gdy piszę te słowa, minął miesiąc od powrotu z Orelca, a my ciągle jesteśmy w kontakcie!


Uczestnicy warsztatów

Uczestnicy warsztatów

 

 
 
 
 
 
 
 

 

 


Część pierwsza - Zagroda Magija

Po bardzo sprytnej mejlowej akcji okazuje się, że zebrała się całkiem silna kobieca grupa z Warszawy, w związku z tym umawiamy sie na wspólną podróż. Wyruszamy w niedzielę skoro świt, czyli o 8:00 rano... Po kilkugodzinnej podróży dojeżdżamy do Sanoka. Jako, że jesteśmy już prawie na miejscu, a do umówionej godziny spotkania mamy jeszcze sporo czasu, pozwalamy sobie na odrobinę luksusu i wybieramy się na spacer po sanockim rynku. Głód już zaczyna nam doskwierać, więc decydujemy się na pierwszą degustację podkarpackich specjałów. Na pierwszy ruszt idzie zupa na "Ł" czyli łewesz... po prostu zupa ziemniaczana, która ze względu na trudną nazwę do końca wyjazdu pozostanie już zupą na "Ł" :-) Następnie na stół wjeżdżają warenyki, czyli pierogi na bazie mąki gryczanej z... kaszą gryczaną, mięsem i kapustą. Aranka wybiera hreczanyki czyli mielone z kaszą gryczaną - wygląda na to, że na Podkarpaciu jedzą dużo kaszy gryczanej - coż... przyjdzie przywyknąć :-)

Po obiedzie i krótkim spacerze wyruszamy w dalszą drogę - już tylko 25 kilometrów dzieli nas od miejsca przeznaczenia. Wkrótce potem docieramy do Orelca, malowniczej miejscowości in da middle of nowhere, gdzie bez trudu znajdujemy Zagrodę MAGIJA. Jest pieUknie!

Rozlokowujemy się na salonach i pomału zapoznajemy się z resztą całkiem zacnej ekipy. Okazuje się, że fotowarsztaty ściągnęły do Orelca uczestników w każdym wieku i ze wszystkich stron Polski!

Po wybornej kolacji udajemy się do piwniczki z winem open 24h - stamtąd zabieramy to, co jest najlepszego i idziemy do klimatycznej stodoły - tam Janusz de Gospodarz opowiada nam historię Zagrody; o tym, jak przenosili chaty i stodołę z innych części Bieszczad, o tym, jak powstawało to magiczne miejsce.

Winko i Palinka sprzyjają integracji...
Ding dong ding dong...

Nocujemy w bardzo klimatycznych, wypasionych starych chatach. W mojej, mniejszej, jest na dole "lounge room", który potem staje się "chilly roomem" i miejscem spotkań towarzyskich.

fot. Radek Jędrzejewski

     

fot. Agata

   

fot. Paweł Brzozowski

   

Część druga - Jezioro Solińskie

Och, jak tu się cudownie śpi... to powietrze, rewelacja. Budzę się jeszcze przed budzikiem (w Warszawie takie anomalie nie zdarzają się zbyt często - zawsze mam wtedy wrażenie, że coś ze mną nie halo), slońce świeci, jest jak w bajce.

Po śniadaniu zabieramy aparaty - w końcu fotowarsztaty zobowiązują, trzeba będzie zacząć foty śmigać - i jedziemy nad Solinę. Pakujemy się na statek i słuchamy opowieści o Bieszczadach, o bieszczadzkich Zakapiorach - Krzysztofie Brosie i Julianie spod Dębu, czyli Królu Włóczęgów, obczajamy wypasioną "rezydencję" perkusisty Dżemu. Widoki przeboskie, niesamowite kolory, odbicia w wodzie... cud, miód i orzeszki.

Po południu wizytujemy zaporę na Solinie. W środku nie można robić fotek! Dlaczego?? Nawet Pan Ochroniarz tego nie wie, łączy się z nami w bólu. Kolejnym punktem programu są tutejsze "Krupówki", góralskie ciapy są w modzie - czy ktoś się skusi? Cykamy kilka fotek na deptaku o zachodzie słońca. Widoki zachwycają... aż tu nagle z zadumy wytrąca mnie dosyć trudne pytanie, które pada tuż obok mnie. - "A Ty ciagle robisz foty na auto?!" - pyta Radek, z dezaprobatą w głosie, a zawstydzona Gosia przestawia na manual... Hmmm, to samo pytanie mogło przecież zostać skierowane do mnie, więc robi mi się głupio - czas poważnie podejść do tematu i zacząć sie orientować w tym, co to przesłona, ogniskowa, czas naświetlania... skończyły się żarty i fotki robione różowym aparatem...

Wracamy do Orelca i po kolacji... "daaaaaaawaj do stodoły!!!!!!!!!!" na pierwszy oficjalny wykład o fotografii. W stodole zimno jak w psiarni, na dodatek ciemno. Towarzystwo zmęczone świeżym powietrzem, więc nawet najciekawszy wykład o 21:00 robi się trudny do przejscia... Mimo, iż Paweł dwoi sie i troi, żeby przekazać nam swoją wiedzę fotograficzną, prawie usypiam - i to na stojąco - przy rozżarzonym piecu chlebowym :-) a potem to juz tylko siusiu, paciorek i spać :-)

fot. Radek Jędrzejewski

     

fot. Agata

fot. Paweł Brzozowski

 

Część trzecia - Wschód słońca

Dzień rozpoczynamy w środku nocy. Już o 5:15 w świetle latarkowych jupiterów Paweł zarządza wymarsz z Zagrody. Cel: wschód słońca... Nie było łatwo dotrzeć na miejsce, z ktorego będziemy obbserwować ten cud. Po drodze wpadamy parę razy w poślizg, taranujemy płot z drutu kolczastego, a jakże! Prawdziwe good times!!! Niestety mgła troszkę pokrzyżowała nam plany, więc fotki dość nieostre, ale za to jakie klimatyczne... Zimno, mokro (kalosze rulez), a widoki mało zjawiskowe... w sumie ten wschód słońca jest trochę przereklamowany... ale i tak warto było wstać po 4h snu...

(Od organizatorów: mgła jest super, byle nie w nadmiarze. A jak pogoda nie zawiedzie, z wyjścia na wschód słońca można mieć np. takie zdjęcia :-))

fot. Radek Jędrzejewski

fot. Agata

     

Część czwarta - Wokół Orelca

Po powrocie ze wschodu słońca i po śniadaniu spacer po Orelcu i okolicach... przez łąki, przez pola pędzi fasola. Robimy zdjęcia koni w ruchu w stadninie i jemy ciacho w kawiarence św. Franciszka, oglądamy piękne miniaturki cerkwi i to wszystko w Caritasie...

Po południu docieramy nad wodospad. Niagara to to nie jest, ale miejsce i tak bardzo urokliwe. Po powrocie jak zwykle czeka na nas wyborna kolacja, a po kolacji... tak, tak - znowu do stodoły - ale tym razem czeka nas bardzo interesujący i pełen pasji wykład z historykiem sztuki - Bogdanem, o architekturze cerkiewnej. W tzw. międzyczasie koledzy wybrali się do sklepo-baru i zaopatrzyli nasz chilly room we wszystkie niezbędne produkty. Integracji ciąg dalszy...

fot. Radek Jędrzejewski

 

fot. Agata

     

fot. Paweł Brzozowski

   

Część piąta - Szlakiem cerkwi

Robimy tour po cerkwiach. oglądamy sześć, każda w innym stylu. Fotografowanie architektury i wnętrz okazuje się znacznie trudniejsze niż mi się do tej pory wydawało, a efekty mojej pracy w ogóle mnie nie satysfakcjonują... jeszcze dużo nauki przede mną...

fot. Radek Jędrzejewski

     

fot. Agata

fot. Paweł Brzozowski

 

Część szósta - Szybowisko

Po południu czeka na nas niespodzianka - Janusz zarządza wyjazd na szybowisko. Niektórzy uczestnicy decydują się polatać szybowcem Bocianem, inni małym samolotem, czyli taką "latającą trumną". Ja wybieram Bociana - choć nie bez obaw, czy aby na pewno to dobry pomysł - w końcu co ptak, to ptak - latać potrafi. Jestem już ostatnią pasażerką, więc pilot zadbał o dodatkowe atrakcje... łolelele...

Wieczorem, w stodole, ciąg dalszy fotograficznych dywagacji.
A potem, do 4:30 nocne Polaków rozmowy o życiu.

fot. Radek Jędrzejewski

     

fot. Agata

 

fot. Paweł Brzozowski


Część siódma - Połoniny

Nie wiem, jak tego dokonaliśmy, ale udało nam się wstać po jakichś 3h snu. Wyruszamy na Tarnicę, czyli najwyższy szczyt w Bieszczadach. Podobno w 1965 roku za najwyższy uznawany był Halicz... powiedział nam o tym Bronek - jeden z uczestników wyjazdu, który pamięta tamte czasy.

Jedziemy do Wołosatego, by stamtąd wyruszyć przez połoniny na szczyt. Radzio zostaje Cerberem Ogona Wycieczki. W rezultacie Gosia, Tomek, Radzio i ja zostajemy okrzyknięci Maruderami - docieramy na szczyt jakieś 30 minut po reszcie ekipy... ale przecież my się delektujemy, podziwiamy widoki, robimy fotki... W końcu jesteśmy na WAKACJACH. W programie wycieczki był też i "relaks", który do tej pory nie był nam dany...

Od śmiechu (a może od żurawinówki??) zaczynają boleć nas brzuchy i tym bardziej nie mamy siły iść szybciej :-)

fot. Radek Jędrzejewski

fot. Agata

   

fot. Paweł Brzozowski

 

Część ósma - Zdzisław Pękalski

Pod wieczór, wracając juz do Orelca z wycieczki "połoninnej", wybieramy się na wizytę do innego, nie wspomnianego wcześniej bieszczadzkiego Zakapiora - Zdzicha Pękalskiego. Artysta pełną gębą!!! Artysta malarz, poeta, rzeźbiarz w jednym! Po dosyć interesującym doznaniu duchowym wracamy do Orelca na przyrodniczy wykład o Bieszczadach. Chyba i tym razem zasypiam, bynajmniej nie z nudy.

fot. Radek Jędrzejewski

 

fot. Agata

     

fot. Paweł Brzozowski

 

Część dziewiąta - Wycieczka przyrodnicza

Dzień zapowiada się relaksująco, ale jak się okaże później to tylko pozory...

Wybieramy się na spacer krajoznawczy. Pogoda piękna, więc to sama przyjemność. Spotykamy bociana (nie szybowiec), biedak spóźnił się na samolot do Afryki. Okazuje się być profesjonalnym modelem - pozwala nam obfotografować się z każdej strony.

Jak zwykle marudzimy, ale dzięki temu spotyka nas coś niesamowitego. Zauważamy uroczą chatkę na wiejskiej drodze. Wyciągamy nasze "lufy" i zaczynamy strzelać foty, bo landszaft to boski jest - maki na tle domku wyglądają jak tatuaże. Nagle z domku wychodzi Dziadek, a ja znając polską mentalność jestem przekonana, że zaraz zacznie krzyczeć i zabroni fotki robić. A tymczasem Dziadek krzyczy "Młodzi, chodźcie na jabłka!!" Dostajemy pełny plecak jabłek (będą pyszne z ogniska), a Babcia od tego Dziadka wychodzi na ganek i macha do nas!

Oczywiście na miejsce zbiórki docieramy spóźnieni, więc ekipa na nas już czeka, wzywa nas z daleka...

fot. Radek Jędrzejewski

 

fot. Agata

   

fot. Paweł Brzozowski

 

Część dziesiąta - Ginące zawody

Wracamy do Zagrody. W stodole czekają nas kolejne atrakcje - pokaz garncarstwa, robienia koralikowej biżuterii, bibułkarstwa i wspólne pieczenie rogalików. Gorące rogaliki prosto z pieca (a babcia mówiła, że bedą brzuchy boleć) - pycha!

fot. Radek Jędrzejewski

 

fot. Agata

     

fot. Paweł Brzozowski

   

Część jedenasta - Klasztor w Zagórzu

Jemy późny obiad, po nim krótki czas relaksu i jedziemy do Zagórza, fotografować zachód słońca z ruin klasztoru. I znowu jest pieUknie!

Wieczorem, przy ognisku pieczemy kiełbaski, kaszankę i zdobyczne jabłka. Janusz zaczyna grać i śpiewać... Bosko! W końcu jest zawodowcem - uczy muzyki w lokalnych szkołach i gra w zespole muzycznym - Tołhaje. Towarzystwo zaczyna się wykruszać, zostają już tylko marudersi oraz przyjęci w poczet marudersów - Bronek et consortes.

Zabawa trwa do białego rana.

fot. Radek Jędrzejewski

 

fot. Agata

fot. Paweł Brzozowski

     

Część dwunasta - Skansen w Sanoku (dzień wolny)

Dzień zaczyna się zdecydowanie za wcześnie - Janusz zagląda do naszej chaty... uśmiecha się tylko i zaprasza na śniadanie...

To pierwszy (i ostatni) dzień tego turnusu, na który został zaplanowany tak długo oczekiwany przez nas wszystkich relaks. Po śniadaniu i długiej debacie pt. "co zrobić z tak pieUknie rozpoczętym dniem", decydujemy się na wycieczkę do skansenu w Sanoku. Arancza i Agata zostają wybrane przez aklamację na kierowniczki i zawożą nas na miejsce.

Każdy bierze flaszkę wody w dłoń, a Chłopaki na dzien dobry piją po piwku... Po bardzo wyczerpującym spacerze, kilku głupawkach, setkach zdjęć zrobionych w seriach, i jakichś 4 (out of 100) obejrzanych chatach okazuje się, że jesteśmy już bardzo zmęczeni i głodni. Więc wracamy.

Po południu trenujemy jeszcze robienie portretów... Wszyscy robią fotki, ja pozuję (to raj dla fotografów), a... mam szansę otrzymać całkiem zacny ich zestaw (i to dla mnie raj)... Potem już tylko zajęcia z obróbki fotek, wymiana zdjęć no i farewell my friends...

fot. Radek Jędrzejewski

   

fot. Paweł Brzozowski

Od autora: korzystając z planowego wolnego popołudnia, wybrałem się w poszukiwaniu plenerów, do kamieniołomu na Kozińcu (z przejazdem na rowerze do Myczkowców i okolic). Efekty na zdjęciach i panoramach poniżej - wielce prawdopodobne, że Koziniec będzie punktem programu na kolejnych fotowarsztatach :-)

 

Panorama Koziniec

Panorama Myczkowce

Poprawiony: piątek, 07 maja 2010 18:53
 

Kontakt

Napisz, w każdej sprawie dotyczącej fotografii (i nie tylko) na adres:
 info@fotowarsztaty.com lub Skorzystaj z formularza.